Wciąż wierzę. O naszym kolarstwie

Otworzył drzwi do mieszkania, ściągnął buty, wprowadzając rower znów to czuł. Nie potrafił opisać słowami tych emocji, wewnętrznej radości jaka mu towarzyszyła. A przecież nie zrobił nic nadzwyczajnego. Po prostu, kolejna runda wokół domu. 50 kilometrów, które zrobi pewnie i jutro, za tydzień, za miesiąc. Spełnienie było jak zwykle takie samo. Radość i ulga, że znów się udało.

Czy dostrzegłeś w tym wstępie siebie? Nie? Szkoda. Nasze życie goni, czas ucieka coraz szybciej, w rozmowach z kolejnymi znajomymi twierdzimy, że nie mamy na nic czasu, żyjemy od piątku do piątku. Walczymy z targetami, zleceniami, zadaniami od przełożonych. Patrząc z zadrością na kolegę naprzeciw, który jest szybszy, inteligentniejszy i bardziej lubiany przez wszystkich.

Przestajemy być sobą, zamieniamy swoje życie w fikcję i ułudę, próbujemy się upodobnić do innych, zaczynamy gonić za czymś, co można nazwać zwykłymi zachciankami. Dni przemijają, a my wraz z nimi.

Otaczający nas świat zmusza nas do podejmowania wysiłków na rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy, uważamy że dzięki nim będziemy bogatsi, bardziej szanowani, szczęśliwsi. Swój obłęd przenosimy na każdą płaszczyznę życia – nasz dom, rodzina, hobby stają się kolejnym celem naszej urojonej pogoni za tym co próbujemy nazwać spełnieniem. Nie widzimy swoich małych, codziennych sukcesów, nie interesują one nas, nie docierają do świadomości, zwracamy uwagę tylko na – jak nam się wydaje – poważne sprawy.

Wczoraj zakończyła się rywalizacja w dalekiej Korei skąd przywieziemy dwa medale. Wielkie nadzieje rozbudzone cztery lata temu w Soczi sprawiły, że wielu kibiców, dziennikarzy, działaczy i tak dalej oczekiwało więcej. Zdecydowanie więcej. Nie cieszymy się z innych, mniejszych radości, bo najważniejszym problemem jest brak kawałka blachy. Blachy, na której i tak nie jest wylany nasz pot, nasze łzy. Ale co nas to obchodzi. Nie ma blachy, bo nasz naród jest beznadziejny. Przyjmujesz tą tezę i głosisz ją dalej w swoim gronie. Jednak czy tak jest na pewno?

W przerwie pomiędzy kolejnymi relacjami z Pjongczangu, otwierałem YouTube i śledziłem igrzyska nieco inne, będące z dala od telewizyjnego zgiełku, od podsycanych oczekiwań. O Krzysztofie Gonciarzu i jego relacjach napisano już wiele, nie zamierzam powtarzać słów innych. Jeżeli nie wiesz o kim mowa, to znajdź chwilę i obejrzyj choć jeden jego materiał. Myślę, że zrozumiesz trochę więcej również z tego tekstu.

Polski youtuber pokazał sportowców, jako zwyczajnych ludzi, którzy w przeciwieństwie do Ciebie cieszą się swoimi małymi wiktoriami. Piąte, piętnaste, trzydzieste miejsce. To nie ma znaczenia. Wielu jest dumnych z możliwości reprezentowania swojego kraju, możliwości założenia Białego Orła na swojej piersi. Mimo, że się starają z całych sił doskonale wiedzą, gdzie jest ich miejsce w szeregu. To daje im siłę i motywację do dalszej pracy nad sobą. Do stawania się lepszym. Do tych rzeczy o których Ty nie chcesz słyszeć.

Mam w domu kilka książek związanych z kolarstwem. Jedne kupione przeze mnie, inne otrzymane w prezencie. W większości są to biografie, historie ludzi, którzy codziennymi wyrzeczeniami dochodzili do kolejnych zwycięstw, medali, sukcesów. Wśród nich jest też jedna, zupełnie do nich nie pasująca. O kolarskim treningu. Napisana przez kogoś, o kim wcześniej nie słyszałem, kto w przeciwieństwie do innych moich bohaterów zapełniających półkę w sypialni nigdy moim autorytetem nie zostanie.

Nie dlatego, że ja nigdy nie będę sportowcem. Jego podejście do sportu, któremu od kilku lat poświęcam sporo swojego wolnego czasu wymusza od czytelnika spełniania kolejnych zachcianek, o których wcześniej słyszał co najwyżej w czasie relacji w Eurosporcie. Chcesz być dobry to musisz mieć trenażer, koniecznie pomiar mocy, pulsometr, 100% karbonu, najsztywniejsze buty z systemem linkowym. Bez zabukowanego lotu do Calpe na początku marca nawet nie zaczynaj przygotowań do sezonu.

Ufasz bezgranicznie i kupujesz wszystko, bo widzisz, że Twoi koledzy którzy przyjeżdżają na niedzielną ustawkę już to mają. Nie możesz być gorszy. Tylko czy najnowszy Garmin, którego 97,4% funkcji nigdy nie zdołasz poznać pomoże Ci w osiąganiu lepszych wyników? Czy najnowszy pomiar mocy w piaście sprawi, że będziesz łykać w sezonie wszystkich, jeśli nie zrobisz „bazy”? Nie. Ale nie chcesz przyjąć tego do swojej świadomości.

W ubiegłym roku na jednej z imprez widziałem wielu wyposażonych w wyżej wymienione gadżety, którzy mieli spore problemy z podstawowymi elementami kolarskiego rzemiosła, będąc zagrożeniem dla siebie i dla innych. Miałem wrażenie, że rower jest ich kolejnym widzimisię, które zapewne szybko rzucą nie widząc w tym żadnej satyfsakcji. Kiedyś, gdy mijałem kogoś ze sprzętem lepszym ode mnie, to miałem powody do zadowolenia. Chyba każdy startujący tak ma. Dzisiaj najpierw muszę się dokładnie przyjrzeć, czy gość przede mną na Pinarello Dogmie (pal licho, że z Aliexpress) jest mocniejszy, czy po prostu nie wie jak gospodarować swoim majątkiem.

Jeżeli go stać – ok, ale wielu jest takich, którzy błędnie ustalają swoje priorytety. Wierzę, że do nich nie należysz. Wierzę, że ten tekst nie jest skierowany do Ciebie. Wierzę, że jest gdzieś jeszcze ktoś, kto cieszy się widokiem zachodzącego nad morzem słońca. Wierzę, jeszcze.

O autorze

Mateusz Birecki

Jeżdżę na rowerze. Podobno dużo. Na co dzień pracuję przy dużych zbiorach dziwnych liczb. Robię też zdjęcia -> www.birecki.photos I bardzo lubię pisać. Dlatego ten blog.

Możesz przeczytać również