#MySwissTour – czyli Szwajcaria rowerowo

Stoisz i zastanawiasz się gdzie jest granica. Czy pięć to już nie przesada? Czujesz przecież że te cztery weszły już całkiem solidnie. 3600 metrów wspinaczki na 110 kilometrach. Szwajcaria. Nigdy tego nie zrobiłeś, tym bardziej bikepackingowo. Spoglądasz na znak “Wassen 48 km” – Przecież to tak niewiele – krzyczy Ci coś w głębi duszy, ale wiesz doskonale że czeka Cię jeszcze z 3-4 godziny jazdy. Niełatwej jazdy.

Bo choć Susten to najłatwiejsza z przełęczy jakie na ten dzień wymyśliłeś, to 30 kilometrów i ponad 1000 metrów elewacji samo się nie zrobi. Zrobią to Twoje nogi, albo i sam umysł, bo nogi powoli zaczynają odmawiać współpracy. Opuszczasz ryneczek w Interkirchen i ruszasz w górę. Po marzenia i po satysfakcję. Taką, jaką może dać Ci tylko Szwajcaria.

Dlaczego Szwajcaria?

No właśnie, dlaczego? Podczas gdy większość wybiera Dolomity, Tyrol, czy francuskie wybrzeże Nicei, Ty podążasz w kierunku, który wydaje się być obcy i niedostępny. – A niby dlaczego niedostępny? Bo Szwajcaria jest droga! – Co za bzdura!

Uwielbiam Szwajcarię. Za przestrzeń i magię gór. Za podjazdy, które są trudne, ale tak cudowne, że nie mam czasu myśleć o ich nachyleniu. Za zieloną trawę na łąkach, za pasące się krowy i dzwoniące swoimi dzwoneczkami. Za świstaki które uciekają zawsze gdy chcę im zrobić zdjęcie. Za kozice zgrabnie pokonujące skalne ściany. Za czekoladę, która smakuje tu wyjątkowo. Za fondue, którego zapach można wyczuć nawet w najmniejszej wsi. Za szczęście jakie mi daje. Tak, po prostu.

Każda dobra przygoda zaczyna się w Pradze

Czechy cieszyły mnie od zawsze. Bo były tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Bo można była wyskoczyć na knedliky, na Kofolę, kupić Lentylky czy Kastanky. Bo po pracy mogłem sobie wyskoczyć do Rejviz, albo na Pradziada. No ale to tylko Jeseniky. Z czasem zacząłem poznawać naszych południowych sąsiadów bardziej i głębiej. By dwa lata wstecz przejechać je od Gór Kamiennych, aż po Szumawę. Wówczas jedynym czeskim przystankiem była Praga. 

Nie przez przypadek spoglądając na mój profil na Stravie przeczytasz: Czech and Switzerland fan. Uwielbiam oba kraje. Nie mogłem więc nie połączyć ich w trakcie #MySwissTour. Wysiadając z pociągu w Jeleniej Górze nie byłem niczego pewien. Czy wyjadę i przejadę, czy to co sobie wymyśliłem kilka dni wcześniej ma szansę się udać. W szczególności że jechałem najcięższym zestawem z wszystkich dotychczasowych wypraw, i to bez żadnego zestawu do spania! 20 kilogramów pod siodełkiem to nigdy nie będzie 7 kilogramów. To czuć na każdej hopce i z każdym pociągnięciem korbą.

Ale wrzesień tego wymagał. Po Alpach musiałem się spodziewać wszystkiego. Niespodziewanej burzy jak na Mont Ventoux, albo śnieżycy. Mrozu i przenikliwego chłodu. Zabrałem więcej warstw niż bym potrzebował w jakichkolwiek innych warunkach. Zabrałem puchówkę, zamiast śpiwora. Grube, zimowe rękawice i wodoodporne skarpety zamiast namiotu. Wolałem wozić więcej, niż później żałować. I tak, hotele były rozwiązaniem droższym, ale bez przesady.

Czechia Prolog

Praga jest w zasięgu Wrocławia o jeden dzień jazdy, no, góra dwa dla mniej wprawionych. W zależności od trasy to około 250-270 kilometrów. Mógłbym to zrobić na raz, ale tym razem wybieram wersję skróconą, z Jeleniej Góry. Wiedząc, że następnego dnia o 5:00 mam wsiąść w pociąg, wolę zrobić to wypoczętym. Długi podjazd który ciągnie się aż do Jakuszyc pozwala się dostatecznie dobrze rozgrzać w ten zimny i mglisty poranek. Wokół jest tak dużo chmur, że o widoku na Śnieżkę mogę zapomnieć. Jadę więc w górę. Ten pierwszy podjazd jest tak naprawdę najtrudniejszy i choć droga do Pragi będzie pofałdowana, to najgorsze będę mieć za sobą.

Rower prowadzi się zdecydowanie inaczej niż jadąc na pusto. Każdy mięsień czujesz pięć razy bardziej, a każde mocniejsze depnięcie w pedały sprawia że pomiar mocy wskazuje zdecydowanie wyższe niż zwykle wartości.  Mimo, że kilometry mijają powoli, to czas mija szybko. Ani się nie spostrzegłem i jestem już w Czeskim Raju. Choć tak naprawdę tylko go muskam, po raz kolejny obiecując sobie, by wrócić tu na poważniejszą eksplorację. Bocznymi ścieżkami docieram do Mlada Boleslav, miasta które nigdy by pewnie nim nie było gdyby nie Skoda.

To właśnie tutaj produkuje się najpopularniejsze samochody na świecie. Cacka schowane w muzem historii tej marki oglądam tylko przez szybę. Czas nie jest z gumy, a i pogoda niespecjalnie sprzyja. Czołowy wiatr nie tylko męczy ciało, ale przede wszystkim umysł.

Do Pragi docieram lekko po 16:00 mając sporo czasu na odpoczynek. Odwiedzam Most Karola, który dwa lata temu, gdy nim przejeżdżałem o 6:00 wydawał się być zdecydowanie bardziej atrakcyjny. Szybkie zdjęcie, przejazd przez miasto prosto do hotelu. By następnego dnia…

1100 kilometrów w jeden dzień

…o 5:00 rano wsiąść do pociągu, by rozpocząć długą podróż do Szwajcarii. Dlaczego pociąg, a nie samolot zapytasz? Fakt, samolotem byłoby zdecydowanie szybciej. Ale pociąg ma jedną zdecydowaną przewagę – niczego nie musisz rozpakowywać. I tak oto po długiej podróży przez Monachium i Zurych dotarłem do Lozanny. Czemu akurat tutaj? Lozanna łączy wszystkie moje dotychczasowe wizyty w Szwajcarii. Przeżywałem tutaj zarówno cudowny zachód słońca nad Jeziorem Genewskim, jak i rzęsistą ulewę po której przemarznięty wsiadałem do pociągu. Tym razem w Lozannie z pociągu wysiadam, a aura wita mnie mżawką. Tak jakby Szwajcaria za mną tęskniła. Bo ja tęskniłem, bardzo! 

W kierunku najpiękniejszej góry świata

Ta noc minęła bardzo szybko, a ja chciałem jak najszybciej rozpocząć swoją kolejną szwajcarską przygodę. W niedzielny poranek, gdy na ulicach było jeszcze pusto i spotykałem co najwyżej biegaczy, wyruszyłem w kierunku Montreux. Ale zamiast jechać wzdłuż wybrzeża, wybrałem górzysty szlak winny. Winnice w Lavaux to największy zwarty obszar winorośli w kraju Helwetów, a murowana konstrukcja tarasów na stokach wzgórz jest pod ochroną UNESCO.

Za Montreux zatrzymuję się by sfotografować Zamek Chillon. Dogania mnie grupa lokalnych mastersów. Panowie w sile wieku wyruszyli przed chwilą na swoją zwyczajową niedzielną rundę. Tempo jest żwawe, ale jednocześnie akceptowalne dla mojego obładowanego Pana Tytana. I tak dojeżdżamy wspólnie do Aigle, siedziby Międzynarodowej Unii Kolarskiej UCI. Tu żegnamy się, a ja ścieżką rowerową wzdłuż Rodanu podążam dalej w głąb Szwajcarii. Pogoda jest łaskawa. Świeci słońce, a temperatura ani przez chwilę nie pozwala myśleć że tuż za rogiem jest już jesień. Wręcz przeciwnie. W dolinie jest około 30 stopni.

Ani się nie spostrzegłem i dotarłem do Visp. Tutaj odbijam w prawo, by dotrzeć do celu dnia. Droga do Zermatt wygląda mniej więcej jak Zakopianka – wąska i tłoczna, zdecydowanie nie przeznaczona dla rowerzystów. Ale co tam, jedziemy! Przed sobą mam 30 kilometrów wspinaczki, która wprawdzie nie jest zbytnio męcząca (raptem 900 metrów w pionie), ale wrześniowe słońce i nagrzane skały sprawiają, że wcale nie jest to rekreacyjna jazda.

W końcu dotarłem do Täsch, skąd do Zermatt można dojechać jedynie ze specjalną przepustką, albo pojazdem bez silnika spalinowego. Tak, Zermatt jest pozbawiony spalin a charakterystyczne samochodziki elektryczne są jednym z symboli tego miasteczka. W końcu jest i on. Dla niego tutaj przyjechałem. Chciałem go zobaczyć od momentu, gdy sobie wstawiłem w kuchni szkło z jego widokiem. Matterhorn. Góra, która jest uznawana za najpiękniejszą na świecie.

W drodze po marzenia

Kolejny dzień rozpoczynam wcześnie, choć wcale nie spieszę się z wyjazdem z Zermatt. Jeszcze przed śniadaniem widząc za oknem lśniącą w słońcu górę, idę na spacer w poszukiwaniu najlepszych kadrów. To chyba najpiękniejsza pora na fotografowanie Matterhorna. Gdy wszystko wokół wydaje się jeszcze spać i być skąpane w cieniu Alp, on już lśni swoim blaskiem na tle błękitnego nieba. 

Mój ślad jaki sobie stworzyłem najpierw zmusza mnie do wspinaczki. Staudamm Zmuttbach to elektrownia wodna znajdująca się na wysokości ponad 2000 metrów. Zbiornik ten okala druga co do wysokości tama grawitacyjna na świecie (285 m wysokości). To moja pierwsza wizyta na takiej wysokości podczas tej wyprawy, choć wiem że kolejnego dnia chcę znaleźć się jeszcze wyżej, i to pięciokrotnie. Dlatego ten dzień traktuję rekreacyjnie i wypoczynkowo.

Zermatt opuszczam chwilę po 12:00 spoglądając jeszcze na lśniący w słońcu Matterhorn. Zjazd do Visp jest przyjemny, choć męczący przez czołowy i ciepły wiatr. Nie pomaga też temperatura, która rośnie z każdą minutą. Jest upalnie i duszno. Zupełnie nie tak, jak przygotowałem się na wrześniowe Alpy. Docieram do małego przysiółka Münster-Geschinen w gminie Goms, skąd mam doskonałą panoramę na to, co czeka mnie dnia kolejnego.

O autorze

Mateusz Birecki

Jeżdżę na rowerze. Podobno dużo. Na co dzień pracuję przy dużych zbiorach dziwnych liczb. Robię też zdjęcia -> www.birecki.photos I bardzo lubię pisać. Dlatego ten blog.

Możesz przeczytać również