Po wielu przygodach w ostatnim czasie plan był prosty. Zrobić coś długiego, ale jednocześnie nie do końca prostego. Pierwszym pomysłem był wypad w Góry Sowie i objechanie wszystkich możliwych podjazdów. Rajd Świdnicki i niesprzyjający wiatr z północnego kierunku kazały zweryfikować te plany.

A może tak Zielona Góra? Nosiłem się już dłuższy czas z zamiarem dojechania do Winnego Grodu, taki pomysł padł podczas któregoś meczu Stelmetu na którym byłem w hali CRS. Michał Szpak, dyrektor generalny mistrzów Polski rzucił hasło „to przyjedź rowerem na mecz”. No dobra. Na mecz dojechać się nie udało, graczy Andreja Urlepa nie zastałem. Gdy okrążałem kolejną dzielnicę Zielonej z powodu remontów Ci odpoczywali po (podobno) imponującym zwycięstwie we Włocławku i przygotowywali się do ostatniego meczu rundy zasadniczej z Twardymi Piernikami Toruń w Ciechocinku.

Ale Zielona Góra celem ostatecznym nie była. Tym był leżący na Pojezierzu Łagowskim Świebodzin, czyli polskie Rio z jednym z największych na świecie pomników Chrystysa Króla. O dziwo, na miejscu pielgrzymów było jak na lekarstwo, raptem kilku motocyklistów i ja, w przeciwieństwie do zakupowiczów, którzy przygotowywali się na kolejną niedzielę bez handlu w znajdującym się naprzeciw centrum handlowym. Nazwa „pojezierze” może być zgubna dla wielu.